IV
Windsurfingowe Mistrzostwa Polski
w Snowboardzie
***
Szklarska Poręba, Hala Szrenicka 04 marca 2006

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Trochę historii i genetyki zamiast wstępu.
* * *

             „Mam zabrać snowboard, czy będziemy zjeżdżać na deskach windsurfingowych?” – takiej treści e-mail otrzymaliśmy od potencjalnego uczestnika, który jako jeden z pierwszych odpowiedział na zaproszenie do wzięcia udziału w pierwszej edycji zawodów przed czterema laty. Rzeczywiście nazwa imprezy powodowała i nadal wywołuje pewne zdziwienie, żeby nie napisać zamieszanie. Gdzie tutaj sens i logika? Co ma piernik do wiatraka? Z pozoru windsurfing i snowboarding to dwie przeciwstawne dyscypliny, uprawiane w diametralnie różnych środowiskach i porach roku. Gdyby jednak przyjrzeć się im bliżej, to można dostrzec pewne zbieżności. Obydwie dyscypliny są relatywnie młode i mają wspólną genezę, którą jest surfing. W obydwu przypadkach mamy do czynienia z problemem w ustaleniu ojcostwa. Zgodnie z  powiedzeniem: „sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą” do rodzicielstwa przyznaje się przynajmniej kilkunastu domorosłych wynalazców. Z przyczyn oczywistych nie będziemy tutaj opisywać całego drzewa genealogicznego. Warto jednak podkreślić, że na jednej z gałęzi obok siebie zasiedli kalifornijscy surferzy: Holly Sweitzer i Dimitrije Milovich. Pierwszy z nich, wspólnie z kolesiem żeglarzem, skonstruował coś, co przypominało deskę z żaglem, dzisiaj zwaną windsurfingową.  Drugi z kolei znany był z tego, że w sezonie zimowym wracając z baru zawsze zabierał ze sobą metalową tacę, którą wykorzystywał najzwyczajniej w świecie jako środek lokomocji. Kiedy w końcu w barze zabrakło tac, opracował własną konstrukcję na bazie deski surfingowej. Po licznych modyfikacjach, przeprowadzonych przez jego następców, została ona ochrzczona mianem  „snurfer”, stanowiąc pierwowzór współczesnej deski snowboardowej.

O wzajemnym związku obydwu dyscyplin możemy mówić również i dzisiaj. Fristajlowe triki snowboardowe przypominają nie tylko z nazwy te robione na desce z żaglem. Pojęcie freeride ma takie samo znaczenie w windsurfingu, co w snowboardzie - jazda w ślizgu dostarcza niemal identycznych wrażeń, co jazda w głębokim, puszystym śniegu. Poza tym w zawodach snowboardowych najlepsze efekty uzyskuje się startując w windsurfinfgowej piance neoprenowej.

 

Po tym krótkim wstępie nie powinno już nikogo dziwić, że obydwie dyscypliny uzupełniają się wzajemnie. Snowboard jest przedłużeniem sezonu letniego dla windsurferów, a windsurfing może być letnią alternatywą dla zagorzałych snowboarderów. Stąd wywodzi się idea zorganizowania zimowego spotkania na Hali Szrenickiej. Podobnie jak z historią snowboardu i windsurfingu, również w tym przypadku trudno jest wskazać ojca imprezy. Nikt dzisiaj już nie pamięta w czyjej głowie ten pomysł się zrodził, a już na pewno bez badania DNA nie ma szans na wykrycie autora takiej idiotycznej nazwy jak Windsurfingowe Mistrzostwa Polski w Snowboardzie.

 Trochę o logistyce i meteorologii
* * *

Pomimo ubiegłorocznych zapewnień, że impreza odbędzie się na początku roku ostatecznie znowu postawiliśmy na marzec. O rezygnacji z tego pomysłu zadecydowało zwyczajne lenistwo – na początku sezonu wszyscy myśleliśmy o jeżdżeniu na deskach, a nie o zabawie w organizatora imprezy, zwłaszcza w randze Mistrzostw Polski ;).  Poza tym w ostatnim miesiącu zimy są największe szanse na dobry śnieg, słońce, długi dzień i jazdę w krótkich spodenkach, a czasami nawet bez nich.  Największym minusem marcowego terminu jest nieprzeciętny ścisk w schronisku, jaki panował w tym czasie. Na piątek właściwie nie było wolnych pryczy i większość była zmuszona przyjechać w sobotę rano. Tradycyjnie zrobił się mały chaosik na dole w kolejce do ratraka. Nie lepiej było na górze,  ktoś musiał poczekać na pokój, ktoś inny z kolei dostał nie taką celę jaką zarezerwował, ktoś komuś sprzątnął sprzed nosa kotlet schabowy i tym podobne życiowe problemy. Te niedogodności nie miały jednak jakiegoś większego znaczenia – w końcu to jest schronisko górskie, a nie sanatorium w Ciechocinku. Nikt nie przyjechał tutaj na wypoczynek i wszyscy, z nielicznymi wyjątkami, byli tego świadomi.

Prognozy na sobotę były masakryczne. W nocy miał zacząć padać śnieg i wiać wiatr o sile huraganu. Gdyby ten scenariusz się spełnił to niewielu zdołałby się dostać do schroniska, nie wspominając o uczestniczeniu w jakichkolwiek zawodach, nawet windsurfingowych. Zazwyczaj portal ICM się nie myli, jednak tym razem, na nasze szczęście, stało się inaczej i front niżowy ominął nas wąskim łukiem. Ranek, co prawda przywitał nas opadami śniegu, ale z godziny na godzinę sytuacja normowała się i zanim wystartował pierwszy zawodnik słoneczko zaczęło się przebijać przez chmury.

 Trochę o czasie surferów
* * *

Na olimpiadzie w Turynie obecne były wszystkie dyscypliny, które miały cokolwiek wspólnego ze śniegiem i lodem. Zabrakło chyba tylko synchronicznego lepienia bałwanów i tej konkurencji, którą uprawiają ziomale na Hali Szrenickiej po wyjściu na śnieg z sauny. My do takich perwersji nie mogliśmy dopuścić więc poprzestaliśmy na dwóch nieskomplikowanych konkurencjach: boardercross i Wielka Szrenicka. Zasady były banalne. Nie wdając się w szczegóły, w boardercrossie startowało dwóch zawodników jednocześnie, a ich zadaniem było pokonanie wyznaczonej trasy w jak najkrótszym czasie. Natomiast w drugiej konkurencji jak zwykle testowaliśmy najnowsze środki dopingujące w postaci piwa i Coca-coli. Chodziło o to, żeby pokonać tę samą trasę co w poprzedniej konkurencji tyle, że z kubkiem wypełnionym do wyboru: żółtym płynem z białą pianką lub czarnym płynem bez pianki. Na mecie liczył się czas i ilość dowiezionego płynu.

Nie oszukujmy się, nasz tor boardercrossowy w niczym nie przypominał tego turyńskiego. Zresztą gdyby było inaczej musielibyśmy zaprosić do udziału olimpijczyków, a przecież nie o to chodziło. Prawdę pisząc mieliśmy zamiar zbudować na trasie kilka prostych przeszkód jednak z powodu rzekomej śnieżycy z pomysłu zrezygnowaliśmy. Właściwie dobrze się stało, bowiem po kilku przejazdach w miejscach szczególnie wąskich zrobiły się naturalne przeszkody w postaci głębokich kolein, skutecznie utrudniających życie zawodnikom mniej doświadczonym i tym z przerośniętym mięśniem  dyrektorskim albo piwnym.

 Na starcie boardercrossu stanęło 61 śmiałków, z czego prawie połowę stanowili windurferzy, a pozostali tworzyli tzw. „Resztę Świata”. Jak zwykle niepływająca reszta dostała solidnego kopa. Ich średni czas (00:65.600) był znacznie gorszy od czasu surferów (00:54.983). Najlepszym zawodnikiem okazał się Wojciech Siemianowski z czasem 00:34.582, który równocześnie zdobył złoto w kategorii „Windsurfing”.  Zwycięzca otrzymał puchar i srebrną miniaturkę deski windsurfingowej. Będzie również testował nowy trapez ufundowany przez SURFMIX na wodach morza śródziemnego, a wikt i opierunek na greckiej wyspie Rodos zapewni mu  WINDTRAWEL. To na lato, a na zimę firma BOARDTRAVEL wyposażyła Wojtka w wiązania snowboardowe Flow, które stanowiły Grand Prix za uzyskanie najlepszego czasu w klasyfikacji ogólnej.

 Najlepszym w „Reszcie Świata” okazał się Radosław Kroupa, który z czasem 00:34.748 uplasował się również na drugim miejscu w klasyfikacji ogólnej. Radek otrzymał puchar, srebrną deskę snowboardową i plecak snowboardowy od V-TECH z Krakowa.

 Wśród pań niespodzianki nie było. Zwyciężyła Paulina Różyło i w nagrodę oprócz pucharu oraz miniaturowej srebrnej deseczki otrzymała profesjonalny pokrowiec na deskę naturalnych rozmiarów.

 W konkurencji z piwem i colą zwyciężył Robert Urbaniak, weteran Halowych zawodów. Zamiast piwa wybrał coca-colę, obalając w ten sposób wszechobecny na Hali mit o dopingującym działaniu browaru.

 Zawody mają swoją 4 letnią tradycję. W tym czasie stałym bywalcom Hali Szrenickiej urosło pokolenie małych snowboarderów i tymczasowych narciarzy, którzy ze względu na wiek jeszcze nie mogą przypiąć desek. Dla tych właśnie maluchów postanowiliśmy w tym roku zorganizować osobną łatwą trasę przystosowaną do ich, jak nam się zdawało, małych umiejętności. Zanim jednak taka trasa powstała okazało się, że maluchy radzą sobie lepiej niż wielu dorosłych, więc wystartowały na tej samej trasie tyle, że solo a nie w parach. Najlepsza wśród dzieci Wiktoria Rychlik uzyskała czas 00:47.509. Oznacza to, że gdyby startowała ze starszymi kolegami i koleżankami zajęłaby 29 miejsce w klasyfikacji generalnej i piąte wśród kobiet, wyprzedzając wielu faworytów z długim stażem na desce (Wiktoria po raz pierwszy przypięła deskę snowboardową w ubiegłym roku). Właściwie na pochwałę zasługują wszystkie maluchy, ze względu przede wszystkim na upór. Były takie dzieci, które nie mogły sobie poradzić z zapinaniem wiązań więc w kolejce do orczyka poruszały się mozolnie na czworaka. Za ten właśnie upór wszystkie maluchy otrzymały pamiątkowe medale i słodycze.

Jak zawsze impreza miała swoich wielkich wygranych i przegranych. Największą niespodziankę sprawił Bartek Stankiewicz, który był bodajże najmłodszym zawodnikiem i wśród tych najstarszych zajął 36 pozycję, wyprzedzając swoich rodziców. Wyrazy współczucia należą się kierownikom i działaczom rodzinnych teamów, spośród których najliczniej reprezentowany był klan Stefaniaków. Pomimo wystawienia aż pięciu ziomali, żaden z nich nie załapał się na pudło. Żal nam było tych, którzy rywalizację potraktowali zbyt serio i spaliła ich trema - na co dzień reprezentują całkiem niezły poziom, a w zawodach przegrywają z dziećmi. Szkoda nam również Macieja Guta, który w ubiegłym roku był w czołówce, a w tym sezonie swoje szanse na dobrą lokatę przekreślił efektownym jumpem. Niestety mieliśmy oszczędną wersję bramki, która nie mierzy czasu zawodnikom przekraczającym metę w powietrzu. Najbardziej jednak,  było nam przykro, gdy dowiedzieliśmy się, że były osoby, które przyjechały z daleka specjalnie na zawody i nie zdążyły dostać się na Halę przed zamknięciem listy startowej. Ubolewamy także nad tymi, którzy zaliczyli gleby. Jedna kraksa wyglądała dość poważnie ale dzięki temu, że zawodnicy mieli na głowach kaski, skończyło się tylko na strachu. Trasa nie była trudna skoro radziły sobie z nią dzieci jednak jeżeli jedzie para zawodników nie trudno o nieszczęście, a gdy żądza wygranej bierze górę nad zdrowym rozsądkiem stopień zagrożenia rośnie nieporównywalnie.

Trochę o browarnictwie, kinematografii i medycynie
* * *

 Ogłoszenie wyników i rozdanie nagród tradycyjnie miało miejsce w schronisku o godzinie 20:00. Nie byli z tego zadowoleni, ci którzy przyjechali tylko na zawody bądź osoby, które nocleg miały na dole w Szklarskiej Porębie. Naszym zamiarem nigdy nie były same zawody. Dla nas liczy się również, a może przede wszystkim tzw. otoczka – wypicie piwa przy jednym stole, poznanie nowych ludzi, wspólna zabawa itp. Dlatego właśnie zależy nam na tych, którzy zostaną z nami wieczorem i razem z nami będą zwalczać Zespół Dnia Poprzedniego, jeżdżąc na deskach w niedzielę.

 Rola organizatorów właściwie zakończyła się wraz z wręczeniem nagród, a dalszy rozwój wypadków pozostawiliśmy w rękach uczestników afterparty. Impreza nie rozwinęła się tak jak byśmy sobie tego życzyli. Nie było ogólnej integracji tak jak w ubiegłych latach. Część towarzystwa oglądała filmy snowboardowe wyświetlane na ekranie z prześcieradła, inni próbowali skleić jakieś triki na parkiecie, pozostali w grupkach pili piwko. Gorąco było natomiast w tzw. piekiełku, czyli bufecie w podziemiach, gdzie rządziła ekipa ze Szczecina. Okazuje się, że można śpiewać nie znając tekstu i tańczyć mając do dyspozycji jedynie mały stół – szkoda że nikt tego nie sfilmował. Ogólnie jednak chyba nikt się nie nudził skoro najbardziej wytrwali zawodnicy  opuścili salę bankietową w godzinach bardziej rannych niż nocnych. Nie było też potrzeby wprowadzania w życie planu awaryjnego w postaci halowych zawodów fristajlowych. Konkurencje zostały przygotowane na wypadek gdyby na sali powiało kompletną nudą. 

 Nazajutrz przywitała nas pogoda typowo snowboardowa, czyli  w dechę. Tradycyjnie większość postanowiła wykorzystać ten dzień na jazdę. Jedni jeździli po trasie inni poza trasą, a jeszcze inni po schronisku. Byli również tacy, co większość czasu spędzili na hopie próbując skleić triki, które się nie udały na parkiecie poprzedniego wieczoru. Byli i tacy, którym się nic nie kleiło i większość czasu spędzili na piwie, próbując obalić mit, o którym mowa parę akapitów wyżej.

Po obiedzie nastąpiła ewakuacja. Ponieważ droga transportowa do Kamieńczyka jest zamknięta dla snowboardzistów z czystym sumieniem zjeżdżaliśmy w głębokim puchu najpierw lasem, potem korytem zasypanego kamieńczyka i wreszcie gdy las stał się na tyle gęstym, że jazda była niebezpieczna powróciliśmy na drogę. Na dole miły surprajz - nie trzeba było odkopywać aut!

 Trochę wazeliny i czarka goryczy zamiast zakończenia
* * *

Jeszcze raz chcielibyśmy podziękować sponsorom tym dużym i tym małym, a w szczególności osobom prywatnym, które zainwestowały swój własny szmal z prywatnego portfela. Szczególnie jesteśmy wdzięczni agencji ubezpieczeniowej Krzysztofa Kupaja za ubezpieczenie zawodników od nieszczęśliwych wypadków (na szczęście jego pomoc nie była potrzebna). Jeszcze raz należałoby podziękować zawodnikom za postawę fair play oraz za to, że z nielicznymi wyjątkami dostosowali się do regulaminu imprezy, a w szczególności do zapisów w paragrafie 5 pkt. 5.2. Podziękowania należą się również Piotrowi, który po nocach walczył z awariami, żeby móc nas wwieźć na górę ratrakiem w czwartek, piątek i sobotę.
Z drugiej strony chcielibyśmy wszystkich przeprosić za pewne niedociągnięcia organizacyjne. Mamy nadzieję, że nie miały one istotnego wpływu na ogólną ocenę imprezy.  

Co w przyszłości? To pytanie, my organizatorzy zadajemy sobie po każdej edycji zawodów jednak do tej pory pozostawało ono bez odpowiedzi. Tym razem stało się inaczej. Mamy gotową odpowiedź - w przyszłym roku impreza będzie miała podobny charakter z tym, że zmieni się jej nazwa na Ostatnie Windsurfingowe Mistrzostwa Polski w Snowboardzie. Nie chcemy naśladować Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która gra do końca świata i jeden dzień dłużej, dlatego piąta edycja zawodów będzie również ostatnią. Powody ku temu są przynajmniej trzy. Po pierwsze lenistwo – przygotowanie imprezy dla kilkudziesięciu osób wymaga sporo prywatnego czasu i pracy, za którą nikt z nas nie pobiera żadnego wynagrodzenia, a czasami nawet trzeba dołożyć z własnej kieszeni. Po drugie – nikt z organizatorów nie chciałby mieć poczucia winy w obliczu ewentualnej poważnej kontuzji, któregoś z zawodników. Po trzecie – naszym celem była zabawa, a z każdą kolejną edycją imprezy odnotowujemy coraz więcej rywalizacji, a coraz mniej zabawy. Nie na tym polega snowboard , a tym bardziej windsurfing.

Oczywiście nie oznacza to, że od 2007 roku przestajemy się spotykać na Hali. Być może wrócimy do korzeni i tak jak za pierwszym razem, spotkamy się w wąskim gronie, będziemy mierzyć czas stoperem, a główną nagrodę będzie stanowić tuningowany puchar kupiony na giełdzie staroci za 5 pln oraz prycza na weekend w schronisku zamiast byczenia się w Grecji. Tak, czy inaczej nie żegnamy się, ale mówimy do zobaczenia.

 Komitet Organizacyjny

* * *  K O N K U R S  * * *

 Tradycyjnie na zakończenie proponujemy jeszcze jedną konkurencję, tym razem  „multimedialną”. W fotogalerii z zawodów znajduje się ponad setka zdjęć, w tym jedno błędne. Wśród osób, które namierzą to zdjęcie i napiszą na czym ten błąd polegał, rozlosujemy elektroniczną tarczę do darts ufundowaną przez Robsona. Odpowiedzi prosimy nadsyłać na kartkach pocztowych na adres: windmail@[wytnijto]poczta.onet.pl

* * *

Konkurs rozstrzygnięty! Wśród prawidłowych odpowiedzi maszyna losująca wylosowała nr startowy 77, czyli Pana Janusza Sitarka, który wybrał prawidłowe zdjęcie z nieprawidłowym napisem. Elektroniczne darts z pewnością będą służyć Januszowi podczas tych długich bezśnieżnych wieczorów do następnej zimy. Gratulacje!

 

 WYNIKI   * * *    FOTOGALERIA


strona główna