|
|
V |
|
|
Gwiezdne
wojny. Na
starcie tym razem pojawiło się tylko 28 osób i kilkoro mniejszych
dzieci, które Mleko. Ze względu na wspomniany „Slalom Gwiazd” zmuszeni zostaliśmy ustąpić pola narciarzom i przenieść się na drugą stronę Hali. Do dyspozycji pozostało nam niewiele miejsca, dlatego trasa pseudo mini bordercrossu była znacznie krótsza niż zazwyczaj. Ze względu na mgłę i bezpieczeństwo zawodników zrezygnowaliśmy również z przejazdu parami. Przy słabej widoczności aby wygrać należało się wykazać nie szybkością lecz spostrzegawczością. Jadąc szybko w tym mleku trudno było zorientować się, która tyczka ograniczająca trasę jest czerwona, a która niebieska i z której strony ja minąć. Było wiele dyskwalifikacji, w tym o dziwo wśród osób bardzo dobrze jeżdżących.
Absolutnym zwycięzcą okazał się Szymon Pruszyński, któremu zacięła się skrzynia biegów i był zmuszony jechać na luzie. Jego czas może nie był imponujący za to spostrzegawczość wręcz przeciwnie. W każdym razie daltonistą nie jest na pewno. Bezbłędnie odróżnił kolor niebieski od czerwonego i prawą rękę od lewej. Szymon wygrał w klasyfikacji generalnej oraz był najlepszy wśród windsurferów. Wygrał również bieg z piwem, czyli Wielką Szrenicką. Piwo, które sobie nawarzył na starcie dowiózł w całości na metę i wypił do dna, mimo tego że jego temperatura niewiele przekraczała temperaturę topnienia śniegu. Niepływającą Resztę Świata, najlepiej reprezentował
Michał Tlatlik. Wśród pań, Paulina która przez cztery kolejne lata
pozostawała niepokonana, została zdetronizowana przez Wiktorię
Rychlik i Beatę Dufrat, jeżdżące na desce od całkiem niedawna. Większość
z ośmiu startujących kobiet pogubiła się na tej krótkiej trasie,
potwierdzając tym samym tezę, że kobiety mają problemy z orientacją
w terenie. Marchewka. Z początku wydawało się, że w tym roku będziemy
walczyć o pietruszkę. Sezon jaki był wszyscy wiemy - pietruszka wyrosła,
gorzej z marchewką. To odbiło się na hojności sponsorów. Mimo
wszystko jakimś cudem udało się zmobilizować darczyńców i tuż
przed zawodami pojawiła się również szansa na marchewkę.
Grand Prix w postaci deski snowboardowej ufundowała firma
reprezentująca całkiem nowy brand pod wezwaniem Screwboards. Najlepszy
windurfersurfer otrzymał trapez ufundowany przez Vento.
Wśród pozostałych nagród były między innymi spodnie i kurtki
snowboardowe (NFA), talony upoważniejące do zakupu w sklepach
internetowych (Surfmix, Snowsport, Screwboards), wiązania (Option), żółwie ochronne (Deemeed), Polary
(Adidas) rękawice i plecaki snowboardowe (Dakine), akcesoria
windsurfingowe oraz snowboardowe itp. itd. Nikt tego nie liczył ale na oko suma nagród przekroczyła
na pewno 5000 pln, czyli 178 pln/osobę. Część nagród został
rozlosowana wśród uczestników i zdecydowana większość opuściła
Halę z jakimś mniej lub bardziej wartościowym gadżetem. Głównymi sponsorami imprezy w tym roku byli (w kolejności
przypadkowej): SURFMIX - http://www.surfmix.com Tomar,
Legnica - sklep i serwis narciarsko-snowboardowy, Snowsurfing.
Niedziela tradycyjnie była pogodowo perfekcyjna. Postanowiliśmy tego Efekt
był nieoczekiwany, a jeszcze lepsza zabawa. Jadąc w dół z pędnikiem
4,7m przymocowanym do snowboardowego blatu, wiatr pozorny powstający
przy przekroczeniu odpowiedniej prędkości, sprawia że jedzie się
znacznie szybciej niż bez żagla. Większe może
być również wychylenie podczas jazdy na backsidzie i frontsidzie.
Jazda przypomina pływanie na desce windsurfingowej grubo poniżej 100
l. Po kilku zaledwie zjazdach kontrolowane rotacje 3,6 nie sprawiały już
żadnego problemu i wygląda na to, że triki freestylowe, albo skoki na hopie również są możliwe.
Zestaw wymaga jeszcze pewnego tuningu - przesunięcia palety do przodu i
zmiany kątów wiązań - ale już dziś jest pewne, że
eksperyment będziemy kontynuować, zwłaszcza że da się na tym wciągnąć
orczykiem na górę i co najważniejsze do zabawy wcale nie potrzeba
wiatru:). Pozostaje jednak problem zmiany halsu - gdy się z tym
uporamy, być może przy odpowiednich warunkach da się wjechać pod górę. Podsumowanie.
Przed pięcioma laty, gdy organizowaliśmy pierwszą imprezę nie było
mowy o jej kontynuacji. Wręcz przeciwnie, po każdej zarzekaliśmy się,
że to już ostatni raz. Klamka ostatecznie zapadła w ubiegłym roku.
Piąte, jubileuszowe zawody, miały być ostatnimi i były ostatnimi.
Jest wiele przyczyn, które złożyły się na taką decyzję. Każda
impreza ma swój początek i koniec, z wyjątkiem Orkiestry Świątecznej
Pomocy, która gra do końca świata i jeden dzień dłużej. Tak samo
jak kariera każdego snowboardera ma swoje wzloty i upadki. Uznaliśmy,
że lepiej zakończyć temat póki jest on jeszcze dla kogoś interesujący,
niż czekać aż umrze śmiercią naturalną. Nie
bez wpływu na naszą decyzję pozostają maruderzy. Przez te pięć lat
przewinęło ich się, co prawda niewielu, ale czasami dali się mocno
we znaki.
Mieliśmy ogromnie zdenerwowanego właściciela Mercedesa, który
nie mógł zrozumieć, że ratrak nie można sobie zamówić jak taksówkę.
Był ktoś niezadowolony, że trafiła mu się ta sama nagroda jak rok
wcześniej, albo że dostał za małą czapkę, czy za duże spodnie.
Narzekano, że trasa ma za dużo wiraży albo za mało, że 25 cm garb,
który usypaliśmy, aby urozmaicić trasę, został źle wyprofilowany.
Mieliśmy niezadowolonego sponsora, który miał pretensje że został
wymieniony na końcu, zamiast na początku. Mieliśmy niezadowolonych
zawodników, którzy zbyt serio potraktowali rywalizację i nie mogli się
pogodzić z dyskwalifikacją. Mieliśmy również różnej maści
„usprawniaczy” – padały propozycje, żeby zwycięzcom zawodów
zabronić startu w kolejnych edycjach, próbowano nas skłonić do
wprowadzenia kategorii wiekowych itp. itd. Z
drugiej strony przyjeżdżali ludzie dla zabawy, pokonywali setki km, często
przyjeżdżając z zagranicy. Nie narzekali, że ciepła woda jest tylko
w określonych godzinach, że zupa jest za słona, że śnieg jest zbyt
biały. Przyjeżdżali, startowali, przegrywali i byli zadowoleni, że
mogli miło spędzić czas z innymi, którzy mają wspólną pasję
snowboard i windsurfing. Dla tych osób warto było poświęcać
prywatny czas, a czasami i pieniądze. Łatwo
było nam podjąć decyzję, również dlatego, że cel który sobie
postawiliśmy, popularyzacja windsurfingu i snowboardu, został osiągnięty.
Oczywiście mowa tu o skali lokalnej. Przed pięcioma laty tylko
nieliczni z tych, którzy co roku uczestniczyli w zawodach, potrafili
pokazać cokolwiek na snowboardzie. Hala Szrenicka stanowiła dla nas
nie lada wyzwanie. Dzisiaj przyjeżdżamy tutaj z sentymentu i dla
zabawy, a jeździmy na czarnych trasach w Alpach. Niektórych siłą
trzeba było zapisywać na listę startową przed pięcioma laty, a
dzisiaj są instruktorami, startują w poważnych zawodach i z pewnością
o nich jeszcze usłyszymy. Są też i tacy, którzy świetnie jeżdżą
na desce zimą i zaczęli się interesować windsurfingiem jako
alternatywą na lato. Halowe zawody w jakimś tam drobnym ułamku
przyczyniły się do tych sukcesów. Jest jeszcze jeden, najważniejszy powód, o którym być może nie powinniśmy wspominać. W slangu młodzieżowym nazywa się to chyba "wypalenie". Jednym słowem wypaliliśmy się, czyli mówiąc prościej, zwyczajnie już nam się nie chce. Nie oznacza to oczywiście, że na tym koniec, że na Hali powieje nudą. Nic z tych rzeczy. Jest już nawet pewna idea, a to jest w tym wszystkim najważniejsze. Komitet Organizacyjny (pożegnalny).
|
||
|
WYNIKI * * * FOTOGALERIA * * * FILM |