V
Windsurfingowe Mistrzostwa Polski
w Snowboardzie
***
Szklarska Poręba, Hala Szrenicka 10-11 marca 200
7

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Jakieś fatum towarzyszyło nam od samego początku. Najpierw okazało się, że tzw. „gwiazdy” swój slalom przenoszą z nartostrady „Puchatek” na Halę Szrenicką, potem pojawiły się problemy techniczne z transportem i wyciągiem, aż w końcu w sobotę Halę spowiła mgła i padał drobny śnieg. To dobrze wróżyło, bo wszystko co źle się zaczyna, dobrze się kończy. Rzeczywiście tak się stało. Tuż po przekroczeniu mety przez ostatniego zawodnika przestało wiać i padać, mgła ustąpiła i rozchmurzyło się. Ale zacznijmy od początku...

Gwiezdne wojny. Na starcie tym razem pojawiło się tylko 28 osób i kilkoro mniejszych dzieci, które startowały poza konkursem. W porównaniu do ubiegłorocznej edycji, kiedy w zawodach udział wzięło 62 osoby, jest to wyjątkowo mało i niewiele więcej niż podczas pierwszych zawodów przed pięcioma laty. Być może winna była pogoda (wielu wciąż wątpi w śnieg na Hali, gdy na nizinach temperatura przekracza +15C). Być może zabrakło na naszych stronach bliższych informacji o marchewce. Być może sprawił to brak miejsc noclegowych w schronisku. Trudno dzisiaj rozstrzygnąć, który z tych powodów był główną przyczyną niewielkiej liczby startujących. Z drugiej strony trzeba na ten fakt spojrzeć z innej perspektywy – przyjechali ci, na których liczyliśmy. Gościliśmy snowboarderów, których nie zraziła konieczność jazdy samochodem przez pół Polski po to by we mgle szukać niebieskich i czerwonych tyczek, za karę na mecie wypić do dna zmrożone piwo i wieczorem na liście wyników przeczytać przy swoim nazwisku DNF. Dotyczy to na przykład Wojtka vel Kuli, który miał chyba najgorszy wskaźnik czasu dojazdu do czasu pobytu. 
Wśród tych osób znalazł się również Paweł Dittrich, który przejechał trasę najszybciej i jakoś niespecjalnie przejął się faktem, że coś tam po drodze ominął i nie został sklasyfikowany. Paweł (Pol-381) jest byłym windsurfingowym wicemistrzem Polski, a w ubiegłorocznych Mistrzostwach Świata Formuły Windsurfing zajął 7 miejsce. O naszych mistrzostwach dowiedział się zupełnie przypadkowo. Niezrażony brakiem wolnych miejsc w schronisku, zapakował dzieci i po kilkugodzinnej jeździe z Berlina zaparkował swojego  campera pod Kamieńczykiem. To właśnie tacy snowboarderzy jak Kula,  czy Paweł byli 10 marca Gwiazdami na Hali Szrenickiej, a nie odtwórcy głównych ról w serialach i inne telewizyjno-gazetowe VIP-y i Vip-ki, z którymi przyszło nam dzielić stok na Hali i ławki w świetlicy schroniska .

Mleko. Ze względu na wspomniany „Slalom Gwiazd” zmuszeni zostaliśmy ustąpić pola narciarzom i przenieść się na drugą stronę Hali. Do dyspozycji pozostało nam niewiele miejsca, dlatego trasa pseudo mini bordercrossu była znacznie krótsza niż zazwyczaj. Ze względu na mgłę i bezpieczeństwo zawodników zrezygnowaliśmy również z przejazdu parami. Przy słabej widoczności aby wygrać należało się wykazać nie szybkością lecz spostrzegawczością. Jadąc szybko w tym mleku trudno było zorientować się, która tyczka ograniczająca trasę jest czerwona, a która niebieska i z której strony ja minąć. Było wiele dyskwalifikacji, w tym o dziwo wśród osób bardzo dobrze jeżdżących.

Absolutnym zwycięzcą okazał się Szymon Pruszyński, któremu zacięła się  skrzynia biegów i był zmuszony jechać na luzie. Jego czas może nie był imponujący za to spostrzegawczość wręcz przeciwnie. W każdym razie daltonistą nie jest na pewno. Bezbłędnie odróżnił kolor niebieski od czerwonego i prawą rękę od lewej. Szymon wygrał w klasyfikacji generalnej oraz był najlepszy wśród windsurferów.  Wygrał również bieg z piwem, czyli Wielką Szrenicką. Piwo, które sobie nawarzył na starcie dowiózł w całości na metę i wypił do dna, mimo tego że jego temperatura niewiele przekraczała temperaturę topnienia śniegu. 

Niepływającą Resztę Świata, najlepiej reprezentował Michał Tlatlik. Wśród pań, Paulina która przez cztery kolejne lata pozostawała niepokonana, została zdetronizowana przez Wiktorię Rychlik i Beatę Dufrat, jeżdżące na desce od całkiem niedawna. Większość z ośmiu startujących kobiet pogubiła się na tej krótkiej trasie, potwierdzając tym samym tezę, że kobiety mają problemy z orientacją w terenie.

Marchewka. Z początku wydawało się, że w tym roku będziemy walczyć o pietruszkę. Sezon jaki był wszyscy wiemy - pietruszka wyrosła, gorzej z marchewką. To odbiło się na hojności sponsorów. Mimo wszystko jakimś cudem udało się zmobilizować darczyńców i tuż przed zawodami pojawiła się również szansa na marchewkę.  Grand Prix w postaci deski snowboardowej ufundowała firma reprezentująca całkiem nowy brand pod wezwaniem Screwboards. Najlepszy windurfersurfer otrzymał trapez ufundowany przez Vento. Wśród pozostałych nagród były między innymi spodnie i kurtki snowboardowe (NFA), talony upoważniejące do zakupu w sklepach internetowych (Surfmix, Snowsport, Screwboards), wiązania (Option), żółwie ochronne (Deemeed), Polary (Adidas) rękawice i plecaki snowboardowe (Dakine), akcesoria windsurfingowe oraz snowboardowe itp. itd.

Nikt tego nie liczył ale na oko suma nagród przekroczyła na pewno 5000 pln, czyli 178 pln/osobę. Część nagród został rozlosowana wśród uczestników i zdecydowana większość opuściła Halę z jakimś mniej lub bardziej wartościowym gadżetem.

Głównymi sponsorami imprezy w tym roku byli (w kolejności przypadkowej):

SURFMIX - http://www.surfmix.com
SNOWSPORT - http://www.snowsport.pl
SCREW BORDS - http://www.screwboards.pl
Vento (NITRO, ZIENER, NORTH SAILS, PROLIMIT)
FreeWay (DAKINE)
X-Sport (OPTION, NFA)
Olaf (DEEMEED, THE VIRUS)

Swoje trzy grosze dorzucili również:

Tomar, Legnica - sklep i serwis narciarsko-snowboardowy, 
3 Style Sport (VöLKL)
V-tech (F2)


Napoje dla zawodników dostarczyła Coca-cola (Powerade), materiały do zabezpieczenia trasy Tekstyl, Legnica. Certyfikaty wydrukowała drukarnia Tinta, Legnica, a zawodników ubezpieczyło Biuro Ubezpieczeń Edyty Fojcik i Krzysztofa Kupaja z Legnicy.

Snowsurfing. Niedziela tradycyjnie była pogodowo perfekcyjna. Postanowiliśmy tego nie zmarnować i pomimo braku wiatru rozpoczęliśmy sezon windsurfingowy. W ciągu tych pięciu lat od kiedy organizowane są zawody, zawsze znalazł się ktoś, kto powątpiewał w sens porównywania windsurfingu do snowboardu. My jesteśmy głęboko przekonani o wzajemnych związkach tych dwóch dyscyplin i dlatego postanowiliśmy w końcu to udowodnić. Deskę snowboardową do testów przekazał screwboards.pl, a żagiel surfmix.com (jeszcze gorący North Sails ICE 2007).  

Efekt był nieoczekiwany, a jeszcze lepsza zabawa. Jadąc w dół z pędnikiem 4,7m przymocowanym do snowboardowego blatu, wiatr pozorny powstający przy przekroczeniu odpowiedniej prędkości, sprawia że jedzie się znacznie szybciej niż bez żagla. Większe może być również wychylenie podczas jazdy na backsidzie i frontsidzie. Jazda przypomina pływanie na desce windsurfingowej grubo poniżej 100 l. Po kilku zaledwie zjazdach kontrolowane rotacje 3,6 nie sprawiały już żadnego problemu i wygląda na to, że triki freestylowe, albo skoki na hopie również są możliwe. Zestaw wymaga jeszcze pewnego tuningu - przesunięcia palety do przodu i zmiany kątów wiązań - ale już dziś jest pewne, że  eksperyment będziemy kontynuować, zwłaszcza że da się na tym wciągnąć  orczykiem na górę i co najważniejsze do zabawy wcale nie potrzeba wiatru:). Pozostaje jednak problem zmiany halsu - gdy się z tym uporamy, być może przy odpowiednich warunkach da się wjechać pod górę.

Podsumowanie. Przed pięcioma laty, gdy organizowaliśmy pierwszą imprezę nie było mowy o jej kontynuacji. Wręcz przeciwnie, po każdej zarzekaliśmy się, że to już ostatni raz. Klamka ostatecznie zapadła w ubiegłym roku. Piąte, jubileuszowe zawody, miały być ostatnimi i były ostatnimi. Jest wiele przyczyn, które złożyły się na taką decyzję.

Każda impreza ma swój początek i koniec, z wyjątkiem Orkiestry Świątecznej Pomocy, która gra do końca świata i jeden dzień dłużej. Tak samo jak kariera każdego snowboardera ma swoje wzloty i upadki. Uznaliśmy, że lepiej zakończyć temat póki jest on jeszcze dla kogoś interesujący, niż czekać aż umrze śmiercią naturalną.

Nie bez wpływu na naszą decyzję pozostają maruderzy. Przez te pięć lat przewinęło ich się, co prawda niewielu, ale czasami dali się mocno we znaki.  Mieliśmy ogromnie zdenerwowanego właściciela Mercedesa, który nie mógł zrozumieć, że ratrak nie można sobie zamówić jak taksówkę. Był ktoś niezadowolony, że trafiła mu się ta sama nagroda jak rok wcześniej, albo że dostał za małą czapkę, czy za duże spodnie. Narzekano, że trasa ma za dużo wiraży albo za mało, że 25 cm garb, który usypaliśmy, aby urozmaicić trasę, został źle wyprofilowany. Mieliśmy niezadowolonego sponsora, który miał pretensje że został wymieniony na końcu, zamiast na początku. Mieliśmy niezadowolonych zawodników, którzy zbyt serio potraktowali rywalizację i nie mogli się pogodzić z dyskwalifikacją. Mieliśmy również różnej maści „usprawniaczy” – padały propozycje, żeby zwycięzcom zawodów zabronić startu w kolejnych edycjach, próbowano nas skłonić do wprowadzenia kategorii wiekowych itp. itd.

Z drugiej strony przyjeżdżali ludzie dla zabawy, pokonywali setki km, często przyjeżdżając z zagranicy. Nie narzekali, że ciepła woda jest tylko w określonych godzinach, że zupa jest za słona, że śnieg jest zbyt biały. Przyjeżdżali, startowali, przegrywali i byli zadowoleni, że mogli miło spędzić czas z innymi, którzy mają wspólną pasję snowboard i windsurfing. Dla tych osób warto było poświęcać prywatny czas, a czasami i pieniądze.

Łatwo było nam podjąć decyzję, również dlatego, że cel który sobie postawiliśmy, popularyzacja windsurfingu i snowboardu, został osiągnięty. Oczywiście mowa tu o skali lokalnej. Przed pięcioma laty tylko nieliczni z tych, którzy co roku uczestniczyli w zawodach, potrafili pokazać cokolwiek na snowboardzie. Hala Szrenicka stanowiła dla nas nie lada wyzwanie. Dzisiaj przyjeżdżamy tutaj z sentymentu i dla zabawy, a jeździmy na czarnych trasach w Alpach. Niektórych siłą trzeba było zapisywać na listę startową przed pięcioma laty, a dzisiaj są instruktorami, startują w poważnych zawodach i z pewnością o nich jeszcze usłyszymy. Są też i tacy, którzy świetnie jeżdżą na desce zimą i zaczęli się interesować windsurfingiem jako alternatywą na lato. Halowe zawody w jakimś tam drobnym ułamku przyczyniły się do tych sukcesów.

Jest jeszcze jeden, najważniejszy powód, o którym być może nie powinniśmy wspominać. W slangu młodzieżowym nazywa się to chyba "wypalenie". Jednym słowem wypaliliśmy się, czyli mówiąc prościej, zwyczajnie już nam się nie chce. Nie oznacza to oczywiście, że na tym koniec, że na Hali powieje nudą. Nic z tych rzeczy. Jest już nawet pewna idea, a to jest w tym wszystkim najważniejsze.

Komitet Organizacyjny (pożegnalny).

 

 WYNIKI   * * *    FOTOGALERIA * * * FILM 


strona główna